czwartek, 18 sierpnia 2011

Kosmos.

Usypianie. Jak zwykle ciągnące się jak makaron, prawie do nieskończoności. Wypełnione czytaniem, opowieściami, piosenkami... W desperacji zanuciłam fasolkowe "Ufoludki"...

- TAK? ONE NAPLAWDĘ PRZYLECIAŁY?
- ... No tak...
- MAMO, A CZEMU MIESZKAMY W KOSMOSIE?
- Mieszkamy na Ziemi... która jest w kosmosie...
- SĄ GWIAZDY I SĄ LÓŻNE PLANETY... I JEST MALS. NA MALSIE MIESZKAJĄ MALSJANI. I MAJĄ TAKIE GŁOWY W KSZTAŁCIE WAZONÓW! I PRZYLATUJĄ TAKIMI WIEEELKIMI STATKAMI...

(W tym momencie, przyznaję, poczułam lekki niepokój... skąd u licha ta wiedza?)

- A NA JAKIEJ MIESZKAMY PLANECIE?
- Na planecie Ziemia...
- I JEST PLANETA BABCI ULI I PLANETA BABCI MALTY. A NA JAKIEJ PLANECIE JEST PLACA TATY?

Są chwile kiedy czuję się bardzo malutka.

sobota, 13 sierpnia 2011

3.

- WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO MAMO!
- Ale przecież dziś są Twoje urodziny, nie moje.
- ALE MOŻEMY SIĘ UMÓWIĆ ŻE DZIŚ SĄ TWOJE URODZINY MAMO!
- No możemy.
- WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO MAMO!
- Dziękuję! Tobie też córeczko wszystkiego najlepszego!

piątek, 22 lipca 2011

Dlaczego matki spóźniają się do pracy.

Właściwie miałam już wybiegać podczas gdy Lucy jeszcze spała. Ale nie lubię zostawiać jej bez pożegnania, więc kiedy zobaczyłam że wierci się w pościeli i przeciąga, podeszłam.

- Dzień dobry Lucy, jak ci się spało? - spytałam siadając na skraju łóżka.
- DOBRZE... - Lucy popatrzyła na mnie półprzytomnie.
- Cieszę się. Teraz babcia cię ubierze bo ja już lecę do pracy...
- NIEE - Lucy zrobiła gwałtowny zwrot kładąc głowę na moich kolanach - JESZCZE TLOOCHĘ ZOSTAŃ MAAMO!
- Jestem już troszkę spóźniona kochanie...
- JESZCZE TYLKO TLOOOCHĘ ZOSTAŃ. PLOSZĘĘĘ. PLOOOSZĘĘ MAMUUUSIU! - mówiąc to ułożyła usta w dziubek i popatrzyła mi prosto w oczy tymi swoimi ogromnymi, szaroburymi zwierciadłami.

Jak odmówić komuś kto do perfekcji opanował minę kota ze Shreka? Komuś kto doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że cicho i z namaszczeniem wypowiadane "proszę" zamienia się w najsilniejszy argument? Kto absolutnie świadomie używa zwrotu "proszę mamusiu" wiedząc, że to kompilacja która rozkłada na łopatki i porusza do głębi?

Zostałam te dodatkowe 15 minut i spóźniłam się do pracy.

Moja asertywność kończy się gdzieś pomiędzy ściśniętym gardłem a powstrzymaną łzą wzruszenia. I mimo że górnolotnie to brzmi, jest w gruncie rzeczy czystą prozą.

sobota, 16 lipca 2011

Wspomnienie pewnego wieczoru

Odgrzebuję się powoli z notatek. I już nawet nie mam ambicji grupowania wątków tematycznie i dorzucania jakichś głębszych refleksji. Chyba jedyny sposób żeby odkopać wreszcie tego bloga z zaległości, to wrzucać te zapiski "na surowo". Zatem otwierając mój czerwony zeszyt, ten najbardziej aktualny spośród pięciu innych, napotykam datę: 22.03.2011.


Program (jednego!) wieczoru, wg Lucy:

- zabawa w auta (MAMO, TY JESTEŚ FELLALI A JA LOJSLOJS!) jazda, wyścigi, myjnia samochodowa i warsztat (udawana wywrotka Rollsa: OJJJ. BOLI MNIE SILNIK!)

- pociąg (TATO, TY JESTEŚ LOKOMOTYWĄ A JA WAGONIKIEM, DOBRZE?)

- ptaszki (JESTEŚMY PTASZKAMI I MACHAMY SKRZYDEŁKAAAMI!)

- detektyw (O! TU SĄ JAKIEŚ ŚLADY! /choć ja tam niczego nie widziałam/ TO CHYBA ŚLADY ŁABĘDZIA! MAMO, ŚLEDZIMY GO!) pamiętam że rzekomego łabędzia znalazłyśmy w okolicach łazienki, niewidzialnego oczywiście.

- spychacz (SPYCHNIEMY TE KAMIENIE!) nie pamiętam o jakie kamienie chodziło...

- statek (Lucy kazała sobie przynieść rolkę papieru i zrobiła z niej lunetę, dopłynąwszy do celu poszukiwała skarbu piratów)

- samolot, domek, kolorowanie... (szczegółow na papierze i w pamięci - brak)


Rzecz jasna do wszystkich zabaw, nieodzowne i absolutnie wymagane było aktywne towarzystwo jednego z rodziców (w porywach do obojga) i to się nie zmieniło. Poziom energii i natężenie pomysłowości także bez zmian.

Słowo "nuda" dawno wymazałam ze swojego słownika.

niedziela, 10 lipca 2011

Lucy Przedszkolna

Lucy od września będzie chodzić do przedszkola Montessori. Postawiliśmy na to rozwiązanie pomimo świadomości, że nasz domowy budżet znacząco ucierpi. I mimo tego, że udało nam się jakimś cudem dostać do państwowego przedszkola, nie tego priorytetowego wprawdzie, ale jednak. Postawiliśmy z wielu powodów.

Zacznę od tego, że zaobserwowany w jednej z samorządowych placówek, widok chmary trzylatków biegających w nieładzie ze świecąco-buczącymi, plastykowymi zabawkami, pod długą półką przyglądających się temu, lekko zdezelowanych lalek Barbie, śnił mi się po nocach. Wspomnę o znalezionym w innej placówce menu, które przeczytałam ze zgrozą. Szczegółów nie pamiętam, ale chleb z szynką konserwową na śniadanie i rogalik 7days na podwieczorek wzbudziły wyjątkowo silne reakcje chemiczne w moich neuronach.

Do tego doszły własne, nieprzyjemne wspomnienia przedszkolne. Bo stojąc w ciemnym, zwalistym korytarzu przedszkola które przypadło nam w udziale, poczułam znajomy zapach. I chociaż w pierwszym odruchu uśmiechnęłam się na wspomnienie dzieciństwa, po chwili zdałam sobie sprawę, że nie są to te miłe reminiscencje. Że to zapach przede wszystkim wyalienowania, czegoś nieokreślonego, zbyt dużego i obcego. Kiedyś budził we mnie lęk i przemożną chęć ucieczki, teraz potrafiłam lepiej go określić - był to zapach miejsca przesiąkniętego zatęchłym PRL a więc i mojego dawnego przedszkola. Dziś może umiem docenić ten specyficzny klimat, tych parę starych zabawek i wełniane, rozciągnięte kapcie w pudle przy drzwiach. Ale czy jestem w stanie zanurzyć w tej lekko podgniłej aurze swoją córkę? Pozwolić temu miejscu stać się na wiele godzin jej domem?

Ostatecznie nie wiedziałam w którą stronę się ruszyć. Jak typową zwariowaną matkę, nawiedzały mnie wizje przerażonej Lucy siedzącej gdzieś pośrodku ogromnej połaci brudnej wykładziny w starym komunistycznym baraku. To znów widok tejże, wpatrzonej z zachwytem w chudą, wypindrzoną lalkę, może i na czystym dywanie, za to w otoczeniu chińskich różów i świecidełek...

Oczywiście kształtowanie wrażliwości estetycznej mojego dziecka (albo raczej rozkładanie owej wrażliwości na łopatki...) to nie jedyny, a nawet nie ten najistotniejszy z lęków jakie mnie nawiedzały.

Lucy mimo całej swej pozornej hardości jest bardzo delikatnym i wrażliwym dzieckiem. Otwartym, pogodnym ale i łatwo zamykającym się w sobie z byle powodu. Wciąż w trudnym i trochę nieobliczalnym wieku, z nieco wybujałą, silną osobowością i dużą potrzebą niezależności. Nie jest typem grzecznej dziewczynki która usiądzie z boku z kredkami i nigdy nikomu nie sprawi kłopotu. To raczej krnąbrna chłopczyca, ustalająca własne zasady gry. A jednocześnie, jako matka doskonale wiem, jak łatwo ją przestraszyć i zranić. Prześladowała mnie myśl, że ktoś mógłby, nawet w dobrej wierze, tłamsić jej charakter i na siłę wdrażać w ustalone z góry ramy. Że nie dojrzałby, pod szczelnym pancerzem buty, wrażliwości którą skrywa. Że ta efemeryczna przecież uczuciowość, mogłaby doznać uszczerbku.

Nie zakładałam, że w samorządowej placówce personel jest niekompetentny. Ale nie miałam żadnej możliwości sprawdzić jakimi metodami wychowawczymi posługują się ludzie, którym powierzyłabym współwychowywanie mojej córki.

(A swoją drogą podziwiam każdego, kogo szlag nie trafi z 25-tką rozwrzeszczanych trzylatków!)

Przedszkole Montessori okazało się odpowiedzią na wszystkie moje wątpliwości. W dodatku niedaleko, sprawdzone i gorąco polecane przez przyjaciół. Miejsce dla Lucy znalazło się cudem, zgłosiliśmy się na listę rezerwową i parę dni później ktoś zrezygnował. Rzutem na taśmę podjęliśmy decyzję.

I już za nami pierwsze cztery dni oswajania się Lucy z przedszkolem. Cztery dni po cztery godziny. Teraz dwa miesiące przerwy i od września już regularnie.

Już pierwszego dnia Lucy bezproblemowo została w przedszkolu, z miejsca zabrała się za przesypywanie fasolek i ledwie zarejestrowała że wychodzę. Mimo to warowałam w okolicy z telefonem w ręce, przerażona i gotowa na wszystko (a najbardziej na histerię, szloch i lament). Ale ostatecznie, oczywiście!, wszystko było w najlepszym porządku. Czwartego dnia, chciała od razu po przebudzeniu jechać do przedszkola, nawet bez śniadania.

Rzecz jasna zdobycie jakichś informacji od Lucy graniczyło z niemożliwością.

- Co robiłaś w przedszkolu? - spytałam pierwszego dnia.
- NIE POWIEM CI.
- Dlaczego?
- ŻEBYŚ SIĘ NIE DOWIEDZIAŁA. BO TO TAKI... i tu szeptem: SEKRET!

A ja umierałam z ciekawości! I co tu zrobić, użyłam całej swojej matczynej przebiegłości i z półsłówek wywnioskowałam ile się dało. Że były ćwiczenia gimnastyczne, piosenki, że był spacer, że byli Marcinek i Kingusia, że Franek się przewrócił i płakał, że jedna z dziewczynek pomogła zrobić wyklejankę. Jakkolwiek wyglądały szczegóły tych czterech godzin, tych czterech dni najważniejsze że było FAJNIE.

Natomiast z ust pani nauczycielki usłyszałam, że Lucy to dziewczynka z charakterem i ugruntowanym własnym zdaniem. Że z każdym dniem była bardziej swobodna i otwarta. Że uczestniczyła chętnie we wszystkich zajęciach i nie miała problemów ze znalezieniem się w grupie. Została pochwalona za elokwencję, znajomość figur i kolorów. I wszystko byłoby idealnie... no ale nie było. Bo ostatniego dnia Lucy umyśliła sobie że z przedszkola odbierze ją Tatuś, a przyszła Babcia Ula. I na zakończenie "oswajania" urządziła w przedszkolnej szatni istne piekiełko... A kiedy Pani Kasia chciała jej wręczyć pożegnalny zeszyt na wakacyjne wspomnienia, rzuciła nim z rozmachem przez pół korytarza...

Reasumując. Było lepiej niż przypuszczałam że będzie. Pomimo końcowego incydentu, pękam z dumy! Po raz kolejny łapię siebie samą na dziwieniu się w duchu, że już taką dużą dziewczynką jest ta moja mała Lucy.

I tylko żałuję, że nie mogłam jej widzieć takiej samodzielnej, niezależnej, zdanej tylko na siebie. Pozostaje mi pogodzić się z faktem że tak już będzie. Pępowina będzie wydłużać się z każdym miesiącem bardziej i bardziej, a mnie coraz częściej dławić będzie ta dziwna mieszanina dumy i nostalgii.

sobota, 9 lipca 2011

Kamieniarka

- A mnie nie pocałujesz?
- NIE.
- A dlaczego?
- BO NIE JESTEM POCAŁYWANKĄ!


- ZNALAZŁAM CIĘ!
- Znów mnie znalazłaś! Jak ty to robisz?
- BO JESTEM ZNALAZACZKĄ!


- Lucy, kim będziesz w przyszłości? Może malarką?
- NIE.
- A może rzeźbiarką?
- NIE.
- A może pianistką?
- NIE. KAMIENIALKĄ!
- Kamieniarką?
- TAK. KTÓLA ZBIELA KAMIENIE.

wtorek, 5 lipca 2011

Muffinkowanie

Lucy właśnie usnęła, na kanapie, jak siedziała. Zatem chwila spokoju na zebranie myśli, jak długa - okaże się. Zanim o tym co było, może o tym co jest. Chorujemy, we dwie od dziś. Moje wczorajsze wyjście z domu bez parasola, przechyliło ostatecznie szalę na rzecz kataru, kaszlu i ogólnego rozbicia.

- MAMO! A MASZ PLOSZEK DO PIECZENIA? - spytała trzeźwo Lucy.

Przecież już od samego rana żądała pieczenia muffinek, jakby doskonale poinformowana o mojej dzisiejszej labie od pracy. A ja, jakżeby inaczej, rzeczywiście zapomniałam dopisać proszek do listy zakupów i musiałam posiłkować się resztką.

Lucy jak zwykle przystawiła do blatu kuchennego swoje krzesełko i zajęła się składnikami suchymi. Wysmarowała formę pędzelkiem bo skończyły nam się papilotki, oprotestowała konieczność użycia miksera (moje dziecko nade wszystko ceni sobie ciszę a odkurzacz, mikser i suszarkę uważa za urządzenia zbędne) a na koniec usiłowała podkraść surowe, gotowe ciasto.

Muffinki upiekłyśmy. Malinowe i pyszne, mimo że trochę przesadziłam z ilością owoców. Ale przecież nie chodzi o smak muffinek. Jest on jedynie efektem, ubocznym z założenia. A same muffinki celem, ale bez większego znaczenia. I mimo że prawie zawsze inicjatywa wychodzi od Lucy, ja też to uwielbiam. A przyjemność wspólnego mieszania składników przedkładam nad łasuchowanie.

środa, 11 maja 2011

w roli Atlasa

- MUSZĘ TU TO PRZYCZEPIĆ. ŻEBY SIĘ NIE LOZWALIŁ NASZ DOM.

Uff. Niepozorna żółta karteczka przylepiona do ściany uratowała nasz dom przed lozwaleniem.

czwartek, 28 kwietnia 2011

Poprawka

- MAMO! POPLAWIJ UŚMIECH!

Nie pamiętam już dlaczego miałam smutną minę. A może nawet nie była taka smutna. Może za zasłoną powagi krył się wątły uśmiech, który należało jedynie "poprawić". A Lucy go dostrzegła i wydobyła. Świat dzieci jest prosty.

środa, 13 kwietnia 2011

O Kliwiczce, marszczarni i śrubokrętowaniu.

- A kto mi pomoże posegregować pranie?
- ... KLIWICZKA!
- Kliwiczka? A kto to taki?
- TO TAKA POMAGACZKA, KTÓRA POMAGA SWOJEJ MAMIE.

***

- O widzisz, teraz kredki mają uśmiechy!
- TO NIE KLEDKI. TO JEST BALEK, LALEK I LULALEK.

***

- Jesteś łobuzem!
- PLASTELIBUZEM!

***

- A TELAZ BĘDĘ LOBIĆ FIKOŁKI-SMAKOŁKI!

***

- JEST MI OKLOPLIWIE NUDNO.

***

- TATO, SŁYSZYSZ? KALALEPKA JEDZIE!

***

- Pomarszczyły ci się paluszki bo siedziałaś długo w wannie.
- NIE, W MALSZCZALNI!

***

- MAMO! SLUBOKLĘTUJEMY??

***

A powyższe aberracje pozwoliła sobie spisać MAMA ŁUSIOWA, siedząca na KRZEŚLE TATOWYM, przy DOMKU STOŁOWYM, w przestrzeni w której co jak co, ale słowotwórcza nuda nie grozi.

wtorek, 12 kwietnia 2011

Biała narzuta i niebieski długopis.

- Lucy co to ma być??
- TU TAKIE PASKI NAMALOWAŁAM...
- Ale przecież wiesz że po narzucie nie wolno rysować!
- ALE ŁUSIA ZLOBIŁA TYLKO TAKI KAWAŁ!

Achaaa. To niewątpliwie zmienia postać rzeczy.

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Dziejopisartswo

Zaniedbałam straszliwie tego bloga*. Co gorsza, czuję się jakbym nie bloga zaniedbała a własne dziecko! Odczuwam dotkliwe poczucie winy kronikarza, który nie sprostał powierzonej mu misji. Opuścił, pominął, odłożył... i zapomniał. Tyle że w wypadku raczej przewidywalnego władcy, zapewne wystarczy odwołanie się do ułomnych, ale jednak pomocnych zwojów w mózgu, zawsze można kogoś tam podpytać a w ostateczności założyć, że w gruncie rzeczy nic się nie stanie potomnym jeśli będą żyli w przekonaniu, iż król tego dnia jadł grochówkę, choć tak naprawdę był to rosół. Z Lucy jest natomiast inaczej.

Lucy jednego dnia uwielbia banany, aby następnego je znienawidzić. Lucy przez parę miesięcy, codziennie dopracowuje do perfekcji rytuał układania puzzli, by nagle rozrywkę tę całkowicie zanegować. Lucy jednego dnia budzi się z dobrotliwym uśmiechem na ustach i obdziela nas hojnie łaskami aż do wieczora, aby kolejnego zamienić się w tyrana owładniętego jedynie pragnieniem uczynienia ze wszystkich naokoło niewolników. Każdy dzień jest inny od poprzedniego, wszystko wokół ewoluuje. Zmiany przychodzą gwałtownie jak burza - parę grzmotów i błysków, a powietrze zupełnie inne, świeże. A czasem coś zmienia się łagodnie i cicho, kropla za kroplą... powoli, i nawet nie wiadomo kiedy w skale zostaje wydrążona nowa ścieżka.

Ciągłe metamorfozy, przeobrażenia, przepoczwarzania. Lucy Zagadkowa. Kiedyś lękliwa i zamknięta w sobie, dziś odważna i przebojowa ze skłonnością do despotyzmu. Od zawsze zaskakująca, z charakterem nie poddającym się łatwo uogólnieniom. Na pewno wrażliwa, skora do wzruszeń i empatyczna, a z drugiej strony harpagan - bomba energetyczna zarażająca wszystkich swoim entuzjazmem.

Po okresie zdystansowania i niechęci do okazywania uczuć, wyrażanej choćby skrupulatnym wycieraniem z twarzy każdego buziaka, Lucy weszła w cudowną fazę uścisków, spontanicznych całusów i BALDZO CIE KOCHAM MAMO. Z drugiej strony, świadoma mocy i znaczenia wypowiadanych słów potrafi używać konstrukcji śmiałych i zaczepnych, zdecydowanie mniej miłych.

Ale jakakolwiek by była i cokolwiek robiła, taka czy inna, wesoła czy smutna, wściekła czy zapatrzona przed siebie w zamyśleniu, rozentuzjazmowana czy skupiona, wyznająca miłość czy negację, dla mnie - jest jednakowo fascynująca. Najwspanialsza na świecie.
Dziejopisarzem to ja nigdy nie będę obiektywnym.



* A blogowi jakoś tak bezwiednie, miesiąc temu stuknęło 2 lata, nie wiem kiedy to się stało, życie leci naprzód szalonym pędem!

piątek, 8 kwietnia 2011

Wyznania miłosne

Wieczorem, z psotnym uśmieszkiem w kąciku ust.

- OTWORZĘ PASZCZĘ I CIĘ UGLYZĘ Z CAAAŁEJ SIŁY W NOS! UMIEEELAM Z GŁODU! - a na koniec z mściwą nutą - CHCIAŁABYM CIĘ ZŁAPAĆ MAMO!

Może i kanibalistyczne, ale jakże urocze!

wtorek, 5 kwietnia 2011

Zielona Kraina.

Miłośnikom Mary Jane od razu mogę powiedzieć - Google spłatał Wam figla ;)

A Was, Moi Drodzy Czytelnicy zapraszam w podróż do fascynującego świata wyobraźni Lucy. Oto przed Wami Zielona Kraina, w której (podobno) wszystko jest zielone.

***

Zaczyna się tak, że po paru dniach od synestetycznych wynurzeń o księżycu i jogurcie, postanawiam sprawdzić czy w dalszym ciągu moja córka sypie porównaniami jak z rękawa.

- Lucy, a zielona farba jak smakuje? - zagajam.
- JAK BAZYLIA.
- A jak wygląda?
- JAK ŚNIEG.
- Śnieg?? - uśmiech tryumfującego belfra czai się groźnie gdzieś w kąciku moich ust.
- TAK - potwierdza Lucy, a ja patrzę uważnie, próbując dojrzeć charakterystyczny grymas kpiny na tym drobnym obliczu, ale napotykam parę poważnych oczu.
- TAKI ZIELONY ŚNIEG - dodaje po chwili i wszystko się wyjaśnia, ale wtedy pada pytanie - WIDZIAŁAŚ KIEDYŚ ZIELONY ŚNIEG?
- Nie widziałam. A ty widziałaś??
- TAK.
- Ale gdzie?
- W ZIELONEJ KLAINIE.

W pierwszym momencie zaniemówiłam. Ale już po chwili postanowiłam nie dać uciec temu intrygującemu Króliczkowi. Ostrożnie i powoli podążyłam jego śladem.

- Achaaa. A co tam jeszcze jest w tej krainie poza zielonym śniegiem?
- NA PRZYKŁAD ZIELONE PINGWINY! ZIELONY LÓD... I NA PRZYKŁAD ZIELONE WIEWIÓLKI! MAMO JEDZIEMY TAM? MUSZĘ SPAKOWAĆ AUTO! (zaczyna znosić na kanapę poduszki, kocyk, przyjaciół i pluszowy prowiant) CHODŹ MAMO!
- A gdzie jedziemy? - tak tylko się upewniam...
- DO ZIELONEJ KLAINY!

Zajmuję miejsce za Lucy-kierowcą. Kanapauto toczy się po wyboistej drodze i z prędkością światła osiąga upragniony cel.

- DOTALLIŚMY!!! PATRZ MAMO!
- To jest ta Zielona Kraina?
- TAK.

Lucy idzie przez pokój i rozgląda się oczarowana. Zadziera głowę a na twarzy wymalowany zachwyt. Idę za nią.

- Jak tu ładnie!
- ZIELONO!
- Czy tutaj wszystko jest zielone?
- TAK. ZIELONE DRZEWA. ZIELONY LAS. I ZIELONE GRZYBY!
- Grzyby też tu są?
- DOBLE TE GRZYBY MAMO! ZBIELAJMY JE!

Wzięłyśmy koszyczki, nazbierałyśmy grzybów, pozachwycałyśmy się zielonością. A potem zadzwonił telefon i Krainę gdzieś zgubiłyśmy.

***

Było cudownie! Każdemu polecam podobną wyprawę. Mój błogostan mącił jedynie wysiłek jaki musiałam włożyć w wierne zapamiętywanie wszystkich dialogów. Wnoszę o montaż matkom (i tak multifunkcyjnym przecież) dyktafonów, na stałe!

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Kaszel, katar i co z tego.

Stało się tak, że od Lili i Bolka przywieźliśmy sobie do domu wirusa. Na szczęście skupił się przede wszystkim na dwójce dorosłych. Lucy mimo gorączki, kaszlu i kataru energia nie opuszczała (po raz kolejny doszłam do wniosku, że gdybym teraz miała choćby połowę jej zapasu - świat należałby do mnie). Gorzej z małymi dawcami u których skończyło się zapaleniem płuc... i którym z tego miejsca gorąco życzymy powrotu do zdrowia!

Już od dawna planowałam spędzić z Lucy trochę więcej czasu. Zabiegana miałam go ostatnio dla niej zdecydowanie za mało. Myślałam o urlopie już od paru tygodni, ale oczywiście moment nigdy nie był odpowiedni. I przyszła choroba. A więc nie ma tego złego, co by nie miało dobrych stron.

Być może w mojej głowie, przez chwilę, zamajaczyła mglista wizja wspólnego chorowania z córką... Być może było to coś w rodzaju sielskiego obrazka przedstawiającego dwie postaci zakopane po uszy w kołdrze, przy tym ta większa czyta baśnie, a ta mniejsza słucha ze skupieniem... Ale jeśli nawet podobna idylla zagościła na sekundę w moich myślach, wyrżnęła na łeb na szyję od razu pierwszego dnia L4. Jak tylko Domowy Kogut (KUKULYKU! POLA WSTAWAĆ! JUŻ JEST DZIEEEŃ!) obudził mnie, 2 dni po zmianie czasu, o 5.45! (a jeszcze 2 dni temu pora ta miała zdecydowanie więcej wspólnego z nocą niż z porankiem).

Słyszałam teorie, że przestawienie zegara biologicznego a tym samym dostosowanie go do zmiany czasu, trwa około miesiąca. Lucy zajęło to JEDEN dzień. Wstaje jak wstawała, czyli w okolicy 6.00... I nawet choroba nie była w stanie zmóc jej na tyle, żeby zechciała sobie jednak pospać ciut dłużej.

I tak sobie chorujemy razem. Ja bez sił i Ona, jak zwykle, z nadmiarem energii, co gorsza usiłująca także ze mnie ów nadmiar (nadmiar czegoś z czegoś czego wcale nie ma!) wykrzesać.

- MAMO! BAWIMY SIĘ W KOTKA I TYGLYSA? GLLLLLL!!! GLLLLLL!!! UCIEKAJ MAMO! MIAŁCZ I UCIEKAJ!!!

Bo jeśli dawno tego nie wspominałam to powtórzę teraz - zabawy ruchowe jak berek, chowany i wszelkiego rodzaju skoki, biegi, tańce i inne swawole to jest właśnie to, co Luśce lubią najbardziej.

- MAMO, BIEGAJ Z ŁUSIĄ! GOŃ ŁUSIĘ!

Były też momenty kiedy Energia domagała się ekspansji terytorialnej. A zaczęło się niewinnie. Od przesiadywania przy oknie i tęsknych spojrzeń w dal.

- JAKA WYBOLNA POGODA MAMO!

- FAJNIE IŚĆ NA SPACEL... SŁONECZKO ŚWIECI...

Potem wzięła mnie za rękę i usiłowała namówić do ubrania się i ruszenia na plac zabaw. Kiedy odmówiłam użyła wszystkich swoich rodzajów płaczu, wzmacniając efekt dramatycznym wiciem się po ziemi. Kiedy zrozumiała, że mnie nie przekona, uspokoiła się w przeciągu trzech sekund.

- Lucy, przecież ci tłumaczę że jesteśmy chore.
- ŁUSIA NIE JEST CHOLA!!!
- Przecież masz katar.
- NIE MAM KATALU!
- A co ci leci z nosa?
- KATAL... NIE! NIE KATAL. TYLKO KAWAŁKI ŚNIEGA!

Jak na chorą przystało nie obyło się bez dziwacznych zachcianek...

- CHCIAŁABYM... PIECZONE TLUSKAWKI!

Nastąpiło także przesycenie syropami, które początkowo były wychłeptywane ze smakiem.

- NIE CHCĘ SYLOPKU! BO MI ZAKRZTUSI HUMOL!

Na szczęście humory nam się nie zakrztusiły, a nawet nie zwarzyły. Przeciwnie. Muszę przyznać że niezwykle miło mi się z córą chorowało! Bo oczywiście jak chorowanie, to gromadne. I nie powiem, że łatwe było ogarnięcie rozbrykanej dwuipółlatki, siebie i domu. Ale Lucy, jak przystało na dziecię chowane częściowo przez Babcię Ulę, pomagała mi ochoczo.

- MAMO UMYJMY NACZYNIA! ZOSTAŁO JESZCZE TLOCHE DO UMYCIA!

- MAMO, MASZ DLA MNIE JAKĄŚ PLACĘ?

Mycie garów, gotowanie zupy, smażenie naleśników, odkurzanie, segregowanie prania kolorami... to zajęcia godne uwagi nawet tak zajętej i zabieganej osoby jak Lucy. Tak trzymaj Córko! Jeszcze parę lat i może będzie z Ciebie jako taki pożytek! Choć tak naprawdę, mam nadzieję nieco krócej czekać na upragnioną zmywarkę...

***

A teraz kończę wpis, wspominając pierwszy dzień w pracy. I jakoś mi tak... jakby trochę żal, że to już koniec tego naszego chorowania. Że na wspólne sturlikiwanie się z kanapy na dywan znajdę czas pewnie dopiero w sobotę, a na kolejną wyprawę do Zielonej Krainy nie wiadomo kiedy się uda mi się załapać (tą opowieść zostawiłam sobie na oddzielny wpis). Ale chyba najbardziej mi będzie brakowało tej niewiarygodnej masy uścisków i buziaków, którymi zostałam obdarowana przez ostatni tydzień. I tego zaraźliwego śmiechu w takich ilościach.



*A Lilka i Bolek też już wracają do zdrowia :)

piątek, 1 kwietnia 2011

Z wizytą.

- Jedziemy dziś do Lilki i Bolka, cieszysz się?
- TAK!! I BĘDZIE TAM STLASZYDŁO. I BĘDZIEMY UCIEKAĆ PRZED STLASZYDŁEM I SIĘ CHOWAĆ DO KOSZA!

Nie spodziewałam się, że wspomnienia z początku stycznia będą dla Lucy tak żywe. Odwiedziny u wyżej wymienionej dwójki minęły wówczas pod znakiem szaleństw i oswajania strachu. Lucy przetransponowała wzbudzające jej lęk "Straszydło" z Misia Uszatka. Przeniósłszy je na beztroski grunt dziecięcej zabawy (polegającej na chowaniu się przed wyimaginowanym stworem w wiklinowym koszu) - udomowiła, okiełznała. Prawdziwy strach w starciu z tym udawanym, przejaskrawionym - nie miał szans. Wtedy toczyła wewnętrzną walkę, teraz wspominała Straszydło jak kumpla bez którego nie ma fajnej imprezy.

W każdym razie wreszcie udało nam się zebrać i pojechałyśmy. Lucy odważniejsza, spokojniejsza, bardziej otwarta niż ostatnio, a zarazem (jak się później okazało) bardziej uparta, dominująca i momentami apodyktyczna. Wkroczyła do domu przybranego wujostwa z podniesioną głową, bez odruchu wciskania jej od progu między moje nogi, i już samo to, było symptomem dokonujących się zmian. Dialog zaczął się już w drzwiach.

- Patrz mam okulaly! - Lilka przywitała Lucy w przeciwsłonecznych spodkach - Też masz takie w domu?
- NIE MAM...
- To poploś mamę żeby ci kupiła!
- NIE POTRZEBUJE OKULALÓW. PRZECIEŻ ŁUSIA MA OCZKA DO PATRZENIA! TUTAJ I TUTAJ.

Już tradycyjnie, pierwszym elementem programu stał się materac, a konkretnie to do czego służy, bo do czego może być komuś potrzebny materac jeśli nie do skakania? Potem pojawił się kartonowy dom i zabawa osiągnęła swoje apogeum. Ale później wyszło na to, że Lilka ma trochę mniej inicjatywy niż zazwyczaj (wytłumaczenie okazało się proste: wstępne stadium choroby) i pałeczkę musiała przejąć Lucy. Pomysły wytryskiwały z jej małej główki niekończącymi się kaskadami.

- JESTEM PSZCZOŁĄ! MUSZĘ WAM DOSTALCZYĆ TLOCHĘ MIODU! - biegała bzycząc i machając rączkami. Miodem ochrzciła piłeczkę kauczukową w miodowym kolorze, ulem - dom z tektury. Częstowała wszystkich po kolei, cierpliwie czekając aż wyliżą do końca.

- BAWIMY SIĘ W BELKA TLĄBKOWEGO? - namawiała dmuchając w plastykową trąbkę.
- A jaki to berek?
- TAKI CO SIĘ BIEGA Z TLĄBKĄ!
- Achaaa.

Tak generalnie integracja dostawała czkawki. Lucy i Lila na zmianę bawiły się, przekomarzały i ignorowały. Okazało się, że ta pierwsza już nie boi się stawiać na swoim a jej zapędy bywają bardzo ekspansywne, w stylu: TO MÓJ UL! Tylko Bolek, jak zwykle zresztą, był cudownie uśmiechnięty i pogodny przez cały wieczór a na konflikty dziewczyn patrzył ze zdumieniem.

Podczas gdy Lucy zmęczona odpływała w drodze powrotnej, ja cieszyłam się z oznak jej stopniowego uspołeczniania się. Mimo paru zgrzytów było to kolejne spotkanie z rówieśnikami podczas którego udowodniła, że jest coraz bardziej samodzielna. Nie mazała się z byle powodu, nie zamykała w sobie, nie szukała mnie wzrokiem przy każdym potknięciu.

Przedszkole coraz wyraźniej rysuje mi się na horyzoncie, myślę że da sobie radę.

***

A na koniec jedna z najpiękniejszych implikacji wieczoru. Lekko synestetyczny dialog:

Lucy podbiega do Cioci i podaje jej biały kubeczek, a ta wypija w odruchu bezwarunkowym matki pochłaniającej dziennie tony wyimaginowanego żarcia.

- CIOCIO! TO JEST FALBA A NIE PICIE!
- Ach, to chyba będzie mnie teraz bolał brzuch...
- TAK. TO TAKA BIAŁA FALBA KTÓLA WYGLĄDA JAK JOGULT, ALE SMAKUJE JAK KSIĘŻYC.
- Taaak? A ta? - Ciocia wyciągnęła czerwony kubek.
- TO JEST CZELWONA. WYGLĄDA JAK TLUSKAWKA, A DOKŁADNIE JEST POMIDOLEM!
- A ta czarna jak smakuje?
- CZALNA FALBA WYGLĄDA JAK CZALNA NOC. A SMAKUJE JAK... PIEPRZ!

poniedziałek, 14 marca 2011

Desko-destynacja.

- MAMO! POGLAMY LAZEM? TY NA CYMBAŁKACH A ŁUSIA NA DESCE!
- No dobrze, grajmy.

Mama Wirtuoz jeździ drewnianą pałką po tęczowym instrumencie stosując pogłębioną interpretację (wszak miała świetnego nauczyciela!) Dziecko Bębniarz natomiast, kiwa się na boki i wystukuje małymi rączkami rytm z emfazą i półprzymkniętymi oczami. Kolejny codzienny rytuał.

Ale cóż to za "deska" na której Dziecko Bębniarz gra? Otóż Moi Drodzy - taka tam... Klozetowa...

Szczęśliwie nie jest to wielki kawał białego plastyku, bo nie zdzierżyłabym czegoś takiego na mojej kanapie, ale malutka, mięciutka deseczka w rybki, kraby i meduzy - urocza! Rzecz w tym, że chyba jest zbyt ładna by wieść proste toaletowe życie! Lucy wróży Desce karierę estradową i za nic nie daje się przekonać że ta, przeciwnie, przeznaczenie może mieć rutyniarskie i prozaiczne...

A najbardziej cieszy się Nocnik. Wciąż na piedestale, wciąż zuchwale tronuje i nie pozwala wepchnąć się na dno szafy, skubaniec.

poniedziałek, 7 marca 2011

Domowy hamak.

Tak tylko pochwalę się nową wbudowaną funkcją. Przy całej swojej multifunkcyjności o której już wspominałam, zostałam dziś HAMAKIEM. Takim wypasionym, domowym (rozpiętym między kanapą a workiem sako) co to buja się nawet gdy nie wieje, więcej nawet; kołysze się i zatrzymuje na polecenie werbalne (BUJAJ! ZATRZYMAJ SIĘ! BUJAJ!)

I warto było chwilę ponapinać brzuch i łydki, bo na koniec zyskałam nową, uroczą ksywę: MAMUSIA HAMACZKOWA.


Zatem pozwólcie Moi Drodzy, że pożyczę Wam miłego nadchodzącego tygodnia!

podpisano M. Hamaczkowa

niedziela, 6 marca 2011

Babski wieczór.

Tylko my dwie, bo Tata na ważnym spotkaniu. Na trzeciego bardzo złośliwy Katar, lejący się nieprzerwaną strugą z lusinego nosa. Ale mimo obecności nieproszonego gościa i późnej pory, zabawa kwitnie: puzzle, pieczenie drewnianych ciastek, bieganie, tańczenie i czytanie...

Nagle Lucy patrzy mi przenikliwie w oczy.

- MASZ ŁADNE OCZY MAMO.
- Dziękuję Ci kochanie...
- POMALUJ SOBIE OCZY!
- Ale o tej godzinie już nie maluję oczu...
- MUSISZ SOBIE POMALOWAĆ OCZY, ŻEBY ŁUSIA CIĘ MOGŁA ŁATWIEJ ZOBACZYĆ! (Czerwony Kapturek wersja alternatywna?)

Siła tego argumentu zabiła wszelką polemikę, a zwycięstwo stało się jeszcze bardziej dobitne po słowach:

- ZAPLASZAM CIĘ DO ŁAZIENKI!

Tam Lucy zabrała się do roboty. Z początku ograniczała się do arbitralnych poleceń: TELAZ TO, A TELAZ TO MAMO, TELAZ TYM SIĘ POMALUJ. Potem wzięła sprawy w swoje ręce, nie tylko w przenośni.

Efekt był obłędny: srebrny nos i pionowe kreski z cienia pomiędzy powiekami a brwiami.

Chyba następnym razem zaszaleję i pozwolę Jej użyć szminki :)

niedziela, 27 lutego 2011

Otóż to.

Pożeramy bitą śmietanę.

- Aha, czyli jednak wolisz śmietanę bez cynamonu?
- OTÓŻ TO MAMUSIU. OTÓŻ TO.